Na początku, niemal niezauważalnie. Subtelnie, cicho. Nie zadawał już pytań – pociągał mnie do odpowiedzialności. Nie powiedział: „Jak minął ci dzień?” , ale: „Czemu nie odebrałaś?”. Nie: „Jesteś zmęczona?” , ale: „Gdzie byłaś tak długo?”. Jego ton się zmienił, a ja przyłapałam się na tym, że formułuję odpowiedzi z wyprzedzeniem, żeby go nie zdenerwować.
Zacząłem pędzić do domu. Odwoływałem po pracy rozmowy z kolegami. Jeśli wiedziałem, że się spóźnię, pisałem do niej z wyprzedzeniem, tłumacząc się. Nawet nie zauważyłem, kiedy to słowo pojawiło się w moim życiu: tłumaczę się . Jakbym był z natury winny.