…potem było jeszcze gorzej.

„Czemu masz tyle makijażu?” zapytała, patrząc w lustro, kiedy się szykowałam. „Nie masz już dwudziestu lat. To śmieszne”.

Śmiałam się z tego, próbowałam żartować, ale coś w głębi duszy czułam się nieswojo. Po tym zdarzeniu nie nosiłam już makijażu. To było łatwiejsze niż ponowne usłyszenie tego.

Pewnego razu po prostu zabrał mi telefon. Nie z powodu kłótni, nie krzycząc. Przejrzał moje wiadomości, jakby to było zupełnie naturalne. Stałem tam, czując się jak uczeń, którego pamiętnik jest sprawdzany. Chciałem się wkurzyć – ale nie mogłem. Z jakiegoś powodu czułem wstyd. Ale nie powinienem.

Powoli mieszkanie, do którego wprowadziłam się z nadzieją, przestało być moim domem. To była jego przestrzeń. Jego zasady. Jego nawyki. Po prostu się dostosowywałam. Ciągle czułam się jak gość – tyle że goście zazwyczaj wychodzili. Ale nie miałam dokąd pójść.