— Powiedziałam: białe, a nie cieliste! — przyszła teściowa wpadła w hi

To historia o tym, jak do niektórych z nas w odpowiednim momencie przylatują aniołowie stróże i chronią przed pochopnymi decyzjami.

Irina poznała Artioma, gdy studiowała na uniwersytecie. On był młodym wykładowcą na katedrze, wyglądał niemal jak student ostatniego roku — tylko surowe spojrzenie zdradzało dojrzałego mężczyznę. W rzeczywistości miał prawie trzydzieści lat.

Irina od razu przyciągnęła uwagę Artioma Michajłowicza — długie jasnobrązowe włosy, smukła sylwetka, krótkie spódnice i cudowny uśmiech. Nie potrafił oderwać od niej wzroku i przy każdej okazji prosił, by została po zajęciach: to sprawdzić zadanie, to omówić nadchodzący projekt.

Tak, niepostrzeżenie, stał się jej „wyjątkowym wykładowcą”.

Irina fruwała z radości — zalecał się do niej nie jakiś smarkaty kolega z roku, lecz prawdziwy wykładowca! Dziewczyny z grupy zazdrościły, chłopcy krzywili się, a ona coraz częściej łapała się na myśli, że naprawdę się zakochała.

Artiom zalecał się pięknie. Wręczał kwiaty, rano przygotowywał kawę w termosie, podwoził ją samochodem na uczelnię. Wszystko wydawało się dorosłe, poważne i niemal bajkowe.

A już po pół roku Artiom oświadczył się.

— Po co zwlekać? — powiedział pewnie, patrząc Irinie w oczy. — Przecież oboje wiemy, że to przeznaczenie.