Kiedy mnie przytulił, poczułam, jak lekko drży. Nie z zimna, nie z deszczu – ale z troski, jaką tylko dziecko wychowane w bólu może o kogoś mieć. Marius był teraz mężczyzną z pieniędzmi, ochroną, kierowcami i prawnikami, ale w chwili, gdy mnie dotknął, pozostał tym samym chłopcem, który jadł chleb z masłem i pytał, czy może zostać „przynajmniej do jutra”.
„Chodź, mamo, nie zostawaj tu ani chwili dłużej” – powiedział do mnie i zaprowadził mnie do helikoptera, jakbym była najważniejszą osobą w kraju.
Moja córka zasłaniała okno. Jestem pewna, że wszystko widziała. Ale nie otworzyła drzwi.