W worku, owiniętym w cienki koc, brudny od błota i zaschniętej krwi, leżał noworodek.
Niemowlę. Tak małe, że dłoń Andrieja mogła je niemal całkowicie zakryć. Twarz miał siną od zimna, usta drżały, a oddech słaby i urywany.
Leśnik poczuł, że miękną mu kolana.
Postawił worek, natychmiast się pochylił i przyłożył ucho do piersi dziecka. Serce biło. Słabo, ale biło.
„Boże…” wyszeptał łamiącym się głosem.