Weronika poczuła, jak rumieniec oblewa jej szyję, a ludzie wokół zaczęli szeptać. Nerwowym gestem wzięła torebkę ze stołu i wyszła, trzaskając drzwiami, zostawiając za sobą ciężką ciszę.
Mara klęczała, drżąc. Nie wiedziała, czy uciekać, czy mu podziękować. Andriej podszedł do niej i wyciągnął rękę.
— No, wstań, proszę.
Spojrzała na niego łzami w oczach, nie śmiąc dotknąć jego dłoni.
— Wyrzucisz mnie stąd, prawda? — zapytał cicho.
— Nie. Potrzebujesz pomocy, nie kar — odpowiedział. — A twoje dziecko potrzebuje matki, która nie będzie już więcej upokarzana.
Jego słowa trafiły ją prosto w serce. Mara miesiącami znosiła milczenie, wyrzuty i zimne spojrzenia ze strony tych, dla których pracowała. Nie miała nikogo, domu, pieniędzy na szpital.
Andriej zawołał inną pracownicę, żeby posprzątała odłamki i wyprowadził ją na zewnątrz, do ogrodu oświetlonego latarniami. Zimne wieczorne powietrze sprawiło, że łzy napłynęły jej do oczu.
— Nie powinieneś był tego dla mnie robić — powiedziała. — Narobisz sobie wrogów.
— Mam już dość — odpowiedział, lekko się uśmiechając. — Ale jeśli milczymy w obliczu zła, to znaczy, że jesteśmy tacy sami.