Stałam nieruchomo z igłą w dłoni, nie rozumiejąc, co się dzieje. Moje dziecko podbiegło do okna i krzyknęło:
— „Mamo! Idę do ciebie!”
Drzwi powoli się otworzyły i z pierwszego wagonu wysiadł wysoki, elegancko ubrany mężczyzna w czarnym płaszczu i butach, które lśniły jaśniej niż kościelny parkiet. Jego twarz wydała mi się dziwnie znajoma.
Poczułam, jak uginają się pode mną kolana.
— „Maria?” — powiedział głosem, który przywołał wspomnienia.
To był on. Mężczyzna, na którego czekałam dziesięć lat. Ojciec mojego dziecka.