Tego wieczoru, po powrocie do domu, wyjęłam z torebki maleńki dyktafon ukryty między chusteczkami. Podłączyłam go do laptopa i znów posłuchałam. Głos Tariqa brzmiał wyraźnie, szyderczo, pewnie. Za każdym razem, gdy nazywał mnie „habibti”, miałam ochotę się śmiać. Jego miłość nigdy nie była skierowana do mnie, ale do tego, co myślał, że może dostać.
Usiadłam przy biurku i otworzyłam teczkę, którą przygotowaliśmy z ojcem. Były tam fałszywe umowy, transakcje w lejach z fikcyjnymi firmami i podpis Tariqa, tak pewnie umieszczony na każdym „dokumencie dłużnym”. Miałam go dokładnie tam, gdzie chciałam.