Kiedy wróciłem do domu, Tariq spał na kanapie, a obok niego leżał otwarty laptop. Spojrzałem na ekran i zobaczyłem dokumenty po arabsku, podpisane elektronicznie. Spółki, rachunki, transakcje. Niczego nie dotykałem, po prostu zrobiłem zdjęcie i się uśmiechnąłem.
Następnego ranka zrobiłem kawę – nie w samochodzie, ale w miedzianym czajniku, który kupiłem w Damaszku. Pojawił się Tariq, uśmiechając się fałszywie. — Szybko się uczysz, kochanie. Może nie jesteś aż tak zagubiona.
— Albo może w ogóle mnie nie znałaś — powiedziałam spokojnie, patrząc mu w oczy.
Zaśmiał się, przekonany, że żartuję. Zapamiętałam jego minę — ostatni raz, kiedy śmiał się przy mnie.
Kilka dni później zadzwonił do mnie prawnik mojego ojca. Wszystko było ustalone. Sfałszowane dokumenty Hassana miały zostać zarejestrowane, konta Tariqa miały zostać sprawdzone, a moje przetłumaczone dokumenty miały zostać wysłane do władz.