Przy bramce wejściowej pracownik obsługi naziemnej zatrzymał mnie i mojego syna

— „Mamo… jesteś jak superbohater.”

Uśmiechnęłam się.

— „Nie. Jestem tylko mamą, która nie pozwala, żeby ktoś deptał sprawiedliwość.”

Patrząc przez okno na zachodzące słońce nad pasem startowym, poczułam wreszcie spokój.

Czasem nie trzeba podnosić głosu, żeby zostać usłyszanym. Wystarczy wiedzieć, kim się jest.

Gdy samolot wzbił się w powietrze, Michał spał już oparty o moje ramię.

A ja wiedziałam jedno:

szacunku się nie prosi — szacunek wymusza się godnością.

I w tamtej chwili byłam pewna, że moja siostra byłaby ze mnie dumna.