Przygotowałam śniadanie tak, jakby były to święta Bożego Narodzenia,

„Usiądź, Lucasie” – powiedział szeryf Hale stanowczym, ale spokojnym głosem. „Musimy porozmawiać o tym, co wydarzyło się wczoraj wieczorem”.

Jedynym dźwiękiem w pokoju było tykanie zegara. Lucas pozostał nieruchomy, w końcu rozumiejąc, że to śniadanie nie jest przeprosinami, a wyrównaniem rachunków.

Spojrzał na szeryfa, potem na pastora, szukając uśmiechu, którego nie znalazł, po czym opadł na krzesło, jakby opuściły go siły.

„Zadzwoniłeś na policję?” – warknęła, próbując odzyskać panowanie nad sobą. „Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?”

Spojrzałem mu prosto w oczy.

„Masz na myśli, że mieszkasz tu przez trzy lata bez płacenia czynszu?” – zapytałem cicho. „A może krzyczałeś na mnie, kiedy obiad nie był gotowy?”

Pastor Moore odchrząknął.

—Lucas, twoja mama pokazała mi siniaka. Powiedziała mi wszystko.

Szeryf Hale położył złożony dokument na stole.

—To jego pisemne oświadczenie. Napaść na członka rodziny to poważna sprawa w tym hrabstwie.

Pewność siebie Lucasa legła w gruzach.

„Mamo... Nie miałem tego na myśli” – mruknął. „Byłem zestresowany”.