Rodzice miliardera-CEO udawali biednych rolników, aby potajemnie znaleźć godną narzeczoną dla swojego syna – ale kiedy spotkali bystrą sprzedawczynię, ich starannie ułożony plan rozpadł się w sposób, którego nigdy się nie spodziewali.

Czego nie wiedziała, to to, że para nie była rolnikami przyjeżdżającymi z północnych stanów, ale Arthur i Celeste Whitmore, których majątek netto rywalizował z małymi krajami, a ich syn, Alexander Whitmore, był dyrektorem zarządzającym korporacji, która posiadała butik, w którym pracowała.

Arthur od dawna martwił się, że świat jego syna, przesycony modelkami, dziedziczkami i strategicznie powiązanymi społecznikami, uśpił go na autentyczności, a Celeste, zawsze romantyczna pod swoim diamentowym wizerunkiem, nalegała, że gdzieś poza starannie organizowanymi galami musi istnieć kobieta, która mogłaby zobaczyć ich syna bez patrzenia najpierw na jego bilans. Ich przebranie, zapożyczone z nieruchomości magazynowej, którą faktycznie posiadali w Vermont, miało na celu zbadanie nie tylko potencjalnych przyszłych synowych, ale również kultury ich własnego imperium, chociaż później zdali sobie sprawę, że próba ukazywała więcej o nich niż o kimkolwiek innym.

Tego wieczoru, w ich penthousie z widokiem na Central Park, relacjonowali spotkanie Alexanderowi, który słuchał z nietypową uwagą.

„Traktowała nas, jakbyśmy byli u siebie,” powiedziała Celeste cicho.

Arthur przytaknął. „Ani razu nie spojrzała na nas z wyższością.”

Alexander odchylił się, zamyślony. „Naomi Reyes,” wymamrotał, przypominając ją sobie z kwartalnych raportów pracowniczych.

Widział ją wcześniej, choć nie w przebraniu, i nie w showroomie.

Miesiąc wcześniej, podczas burzy, która uziemiła loty w Chicago, znalazł się uwięziony w barze hotelowym, z rozluźnionym krawatem i wyładowującą się baterią telefonu, i nawiązał rozmowę z kobietą, która szkicowała projekty biżuterii na serwetce koktajlowej. Rozmawiali przez godziny o ambicji i strachu, o dziwnej samotności, która towarzyszy publicznym sukcesom, a ona słuchała go bez mrugnięcia okiem lub błagania, delikatnie kwestionując go, gdy wchodził w korporacyjne frazowanie.