Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie
Skrzydło domu pozostawało zamknięte na klucz – zespół pokoi zaprojektowanych dziesięć lat wcześniej, z miękkimi krawędziami i fantazyjnymi malowidłami ściennymi przedstawiającymi gwiazdy i chmury. To było miejsce na dziedzictwo, którego biologia mu odmówiła, pustkę, której żaden kapitał nie mógł wypełnić.
Jego żona odeszła pięć lat temu, nie mogąc znieść ciszy ani sposobu, w jaki Marcelo na nią patrzył, jak gdyby była złamanym kontraktem, którego nie można pozwać o odszkodowanie.
„Ruch w kierunku Paulisty jest duży, proszę pana” – powiedział cicho Tiago, jego kierowca. „Protest albo wypadek. Pojadę dolnym objazdem przez Vila Buarque”.
Marcelo nie mruknął. Nie skinął głową. Po prostu pozwolił światu krążyć wokół niego.
Zstąpili ze srebrzystych wyżyn bogaczy w poobijany brzuch starego centrum miasta. Tam budynki były bezzębne, z wybitymi i zabitymi deskami oknami niczym ślepe oczy. Graffiti pięło się po ścianach niczym kolorowy bluszcz, znacząc terytoria rozpaczy.