Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie
Marcelo roześmiał się, a jego śmiech wypełnił cały dom i wygnał ostatnie duchy za drzwi. —Tak. I czekoladę.
Na zewnątrz brazylijskie słońce wznosiło się coraz wyżej, oświetlając drogę, którą wybrał. Imperium upadło, miliony zostały wydane, a sale konferencyjne stały się blaknącym wspomnieniem.
Ale gdy Marcelo siedział na dywanie, obserwowany przez gwiazdy i chmury, które kiedyś namalował dla ducha, wiedział, że w końcu zawarł największą umowę w swoim życiu.
Nie był już milionerem. Był ojcem.