Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

Marcelo usiadł obok niej. Zawahał się, wyciągając rękę, aż Lucía położyła głowę na jego ramieniu.

Spędził czterdzieści lat, budując ściany ze szkła i stali, myśląc, że wysokość równa się ochronie. Mylił się. Ochrona to nie penthouse; to możliwość siedzenia na ziemi z ludźmi, którzy znają twoje imię i nie interesują się twoją wartością netto.

—Co się teraz stanie? — wyszeptała Lucía.

Marcelo spojrzał na dwójkę dzieci: dziewczynkę, która nauczyła go walczyć i chłopca, który nauczył go czekać.

„Teraz” – powiedział Marcelo – „hodujemy rośliny. Zjemy śniadanie. A jutro idziemy na targ. Nie żeby się ukrywać, Lucía. Tylko po chleb”.

Lucía spojrzała na niego, a w jego oczach w końcu pojawił się delikatny, szczery uśmiech. „A czekolada?”