Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

Sięgnął po ciężki globus z brązu i lapis lazuli – jedną z niewielu pamiątek, jakie zachował ze swojego dawnego biura – i położył go na dywanie. Bento natychmiast podpełzł w jego kierunku, obracając globus małymi paluszkami.

Lucía obserwowała brata, ale jej oczy pozostały czujne. Nawet teraz, w bezpiecznym zakątku wsi, żyła z uszami wyczulonymi na wiatr. Nadal spała z butami schowanymi pod krawędzią łóżka, jakby w środku nocy musiała biegać.

— Lucía — powiedział cicho Marcelo.

Spojrzała w górę. „Tak, Marcelo?”

—Człowiek, którego wynająłem… śledczy. Wczoraj wieczorem wysłał mi raport końcowy.

Powietrze w pokoju zdawało się gęstnieć. Lucía stała nieruchomo. Imię Elena nie musiało być wymawiane; było wśród nich jak duch, który nie chciał zaznać spokoju.

„Znalazła kobietę, która ją znała” – kontynuował Marcelo, klękając, by być na jej poziomie. „W dzielnicy blisko wybrzeża. Elena nie zostawiła ich celowo, Lucía. W magazynie, gdzie miała drugą pracę, wybuchł pożar”.

Została ranna. Długo leżała w śpiączce w szpitalu publicznym, gdzie nikt nie wiedział, kim jest. Zanim się obudziła i wróciła na plac budowy… ciebie już nie było.

Dolna warga Lucii zadrżała, rzadkie złamanie w jej porcelanowej postawie. „Wrócił?”

„Wracał codziennie przez miesiąc” – powiedział Marcelo. „Ale zmarł zeszłej zimy. Jego serce było osłabione od dymu. Ale chciałem, żebyś wiedział: śledczy znalazł notatkę, którą zostawił księdzu w okolicy. Były w niej tylko dwa imiona: Lucia i Bento. Moje serce”.

Lucia nie szlochała. Po prostu usiadła na podłodze obok wirującego globusa i pociągnęła Bento na kolana. Wtuliła twarz w jego szyję i po raz pierwszy napięcie w jej ramionach – ciężar, który nosiła od szóstego roku życia – zdawało się rozpłynąć.