Prawna formalność adopcji była sprawą dyskretną – jednym pociągnięciem pióra w sterylnym gabinecie sędziego – ale emocjonalna rzeczywistość osiadła w małym domu Atibai niczym długo wyczekiwane westchnienie.
Sześć miesięcy po przeprowadzce poranne powietrze było świeże, pachniało wilgotnym eukaliptusem i kawą, którą Marcelo sam zaparzył. Stał przy kuchennym oknie, obserwując złote światło wpadające na podwórko. To była skromna działka w porównaniu z okazałymi posiadłościami z jego przeszłości, ale dla niego wydawała się bezgraniczna.
—Bento! Nie! —rozległ się głos Lucii, ostry i macierzyński.