Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

Prawna formalność adopcji była sprawą dyskretną – jednym pociągnięciem pióra w sterylnym gabinecie sędziego – ale emocjonalna rzeczywistość osiadła w małym domu Atibai niczym długo wyczekiwane westchnienie.

Sześć miesięcy po przeprowadzce poranne powietrze było świeże, pachniało wilgotnym eukaliptusem i kawą, którą Marcelo sam zaparzył. Stał przy kuchennym oknie, obserwując złote światło wpadające na podwórko. To była skromna działka w porównaniu z okazałymi posiadłościami z jego przeszłości, ale dla niego wydawała się bezgraniczna.

—Bento! Nie! —rozległ się głos Lucii, ostry i macierzyński.

Marcelo odwrócił się i zobaczył małego chłopca, teraz już silnego i szybkiego, próbującego wspiąć się na regał w salonie. Lucía była tam w mgnieniu oka, chwytając go w pasie. Nie skarciła go gniewnie; poruszała się z szybkością kogoś, kto całe życie spędził jako żywa tarcza.

„On chce balonu” – powiedział Marcelo wchodząc do pokoju.