Samotna matka zabrała swoją córkę do pracy — nie spodziewała się propozycji szefa mafii.

Na penthouse’ie Gabrielle Romano wyszedł z prywatnego wejścia z helipadu. Był mężczyzną wykutym z zimnego, twardego kamienia: wysokim, nienagannie ubranym w garnitur w kolorze węgla, z ciemnymi, badawczymi oczami, które widziały więcej przemocy, niż większość mężczyzn mogłoby zobaczyć we snach. Dzisiejszy dzień był katastrofą. Spędził ostatnie 48 godzin zajmując się zdrajcą w swoich szeregach, bałaganem, który zakończył się krwią na nabrzeżach portu miejskiego. Był wyczerpany, jego cierpliwość całkowicie się wyczerpała, a jedyne, czego chciał, to szklanka szkockiej i cisza.

Był otoczony przez swojego egzekutora, wielkiego mężczyznę o imieniu Leo, którego sam fakt obecności zwykle oczyszczał pomieszczenie. „Sprawdź teren, a potem czekaj na dole,” rozkazał Gabrielle, jego głos był niski i chrapliwy, echem odbitym od marmurowych ścian.

„Tak, szefie,” Leo skinął głową, znikając we wschodniej części penthouse’u.

Gabrielle poluzował jedwabny krawat i wszedł do swojego prywatnego salonu, kierując się prosto do kryształowego karafki na barze. Gdy nalewał bursztynowy płyn, dziwny dźwięk przykuł jego uwagę. To nie był dźwięk zabójcy. Nie był to dźwięk sprzątaczki. To był delikatny, rytmiczny dźwięk szeleszczący. Powoli się obrócił, jego dłoń instynktownie dotykając ukrytej broni palnej pod marynarką.

Siedząc w centrum jego nieskazitelnej białej skórzanej sofy, która kosztowała 10 000 dolarów, była mała dziewczynka z niechlujnymi blond włosami, nosząca lekko wyblakły różowy sweter. Szczęśliwie rozpakowywała ekskluzywne czekoladki z szklanej miski na stole kawowym.