— Jak dawno nie jadłaś? — zapytała Ana, starając się zachować spokój.
— Chyba od wczoraj rano — odpowiedział Gheorghe, unikając jego wzroku.
Tej nocy Ana nie spała. Ilinca budziła się często, a myśli nie dawały jej spokoju. Gdzie był ich syn? Dlaczego nie przyjechał? I co miała zrobić, samotna matka z dwójką starszych osób, którymi musiała się opiekować?
Rano zadzwoniła do ratusza. Potem do ośrodka pomocy społecznej. Potem na policję.
Prawda wyszła na jaw boleśnie i boleśnie.
Ich syn sprzedał dom i wyjechał z kraju. Zabrał Gheorghe’a i Marię „na kilka dni” na obrzeża miasta, mówiąc, że krewni po nich przyjadą. Krewni, którzy nie istnieli. Telefon był wyłączony. Adres – fałszywy.
Ana poczuła mdłości.
— Myśleliśmy, że… może coś mu się stało — wyszeptała Maria, a jej oczy napełniły się łzami.
Ana nie miała odwagi, żeby od razu im powiedzieć prawdy.
Mijały dni. Odmówiono jej innej pracy. Jej pieniądze topniały. Ale każdego ranka Maria kołysała dziecko, a Gheorghe zmywał naczynia z niemal rytualną starannością.