Zabrali Violetę do furgonetki i ruszyli w stronę ich domu, prostego domu z białymi ścianami i sękatymi oknami. Droga wydawała się nie mieć końca, a każde jęknięcie wypełniało powietrze strachem.
Kiedy dotarli na miejsce, Maria instynktownie przejęła kontrolę nad wszystkim. Rozłożyła czyste koce, nalała wody do grzejnika, zapaliła światło w dużym pokoju. Ion stał w drzwiach, drżącymi rękami, modląc się jak nigdy od lat.
Poród był trudny. Bolesny. Ale prawdziwy.