Sąsiedzi we wsi śmiali się z Tanyi, gdy jej narzeczony zostawił ją

„Pozbawiłeś mnie możliwości zobaczenia mojego wnuka w pierwszym roku jego życia” – powiedziała cicho. „Zhańbiłeś rodzinę, dziewczynę i jej dziecko. Pokazałeś, że jesteś słaby i niegodny zaufania”.

„Mamo, chciałem tylko tego, co najlepsze!” – Siergiej próbował się usprawiedliwić. „Tania to tylko prosta, wiejska dziewczyna…”

„Zamknij się” – warknęła Wiera Iwanowna. „Od dziś zostajesz usunięty z zarządu. Twoja pensja to minimalna pensja kierownika w oddziale północnym. Zabieram ci mieszkanie w centrum; będziesz mieszkać w akademiku firmy”.

„Mamo, zwariowałaś!” krzyknął Siergiej.

„Staram się to sobie poukładać. W naszej rodzinie pieniądze się zarabia, a nie trwoni. Dopóki nie nauczysz się brać odpowiedzialności za swoje czyny, nie dostaniesz ani grosza więcej niż wynosi twoja pensja. I pamiętaj: jeśli choć raz spróbujesz zbliżyć się do Tanyi i Miszy bez mojej zgody, zniszczę cię prawnie. Będziesz regularnie płacić alimenty, przez komornika, albo pójdziesz do więzienia”.

Siergiej wyjechał na Północ. Początkowo dzwonił, błagał i groził. Potem telefony stawały się rzadsze. Praca w trudnych warunkach zniechęciła go do kaprysów. Zaczął rozumieć wartość pieniędzy i odpowiedzialności, ale było już za późno. Mosty zostały spalone.

Minęły dwa lata.

Tania stała na balkonie swojego mieszkania. Misza, mający już trzy lata, bawił się na dole, biegając zwinnie i śmiejąc się. Wiera Iwanowna siedziała na ławce, czytając książkę i od czasu do czasu zerkając z uśmiechem na wnuka.

Samochód podjechał pod wejście poniżej. Wysiedli z niego byli sąsiedzi z Sosnówki; przyjechali do miasta w interesach i postanowili „wpaść jak sąsiedzi”. Zobaczyli ochronę i drogi samochód Wiery Iwanowny.

„No, no” – szepnęła ciocia Klava, podnosząc głowę. „A myśleliśmy, że wyjdzie z torebką”.