Na początku były tylko sylwetki za zaparowaną szybą – cztery małe postacie zgromadzone razem pod migoczącym znakiem dinera. Deszcz przykleił ich włosy do twarzy, a ich ubrania wisiały luźno, co sugerowało, że te odzież należała do kogoś innego, długo zanim stała się ich. Elena zbliżyła się do okna, wpatrując się w odbicie świateł dinera, a nagle sylwetki stały się dziećmi. Cztery dziewczynki, najwyżej dwunastoletnie, a najmłodsza miała może sześć lat, stały ramię w ramię, jakby wiatr mógł je rozproszyć, jeśli odważyłyby się rozdzielić.
Zamarła z szmatką wciąż w dłoni.
Dzieci nie wędrowały samotnie po ulicach Brookdale o tej porze, szczególnie nie w taką pogodę. Na chwilę pomyślała, że może ich rodzice są w pobliżu, może czekając w samochodzie lub schronieni pod daszkiem zamkniętej apteki po drugiej stronie ulicy. Ale im dłużej się przyglądała, tym bardziej oczywiste stało się, że nikt się po nie nie zjawi.
Najmniejsza dziewczynka pocierała ramiona i opierała głowę na ramieniu wyższej obok niej. Najwyższa z czwórki – cienka jak patyk i bardzo starała się wyglądać na odważną – ciągle zerkając w górę i w dół po pustej drodze, jakby czekała na coś, co nigdy nie nadchodzi.
Coś w sercu Eleny przeszyło ją ostro.
Otworzyła drzwi dinera, a wiatr natychmiast uderzył falą deszczu w jej fartuch. W ciągu kilku sekund jej włosy przylgnęły do policzków, a zimno przesiąknęło przez cienki materiał butów, ale ledwo to zauważyła, gdy szybko ruszyła przez krótką przestrzeń chodnika.
„Hej,” zawołała delikatnie, klękając, aby nie górować nad nimi.
Dziewczynki zesztywniały.