Chciałam uciekać. Chciałam krzyczeć. Ale coś w jej głosie, w drżeniu, nie pozwalało mi. Nie z litości. Ale z ciekawości. Bolesnej ciekawości.
„Dobrze” – powiedziałam krótko. „Chwileczkę”.
Wyszłyśmy razem na zewnątrz, w pobliże ławki. Zimny listopadowy wiatr uderzył mnie w twarz. Braszów był szary, mokre liście przykleiły się do asfaltu, a ludzie mijali nas pospiesznie, nieświadomi, że moja historia rozgrywa się dwa kroki dalej.
Margareta otarła łzy, próbując odzyskać panowanie nad sobą.
„Dan zmarł cztery lata temu” – powiedziała nagle, bez wstępu.
Serce mi na chwilę stanęło.