Na ulicach Madrytu, wśród gwaru i zapachu pieczonych kasztanów, mała dziewczynka w podniszczonych ubraniach stała pod starym platane. Miała tylko dwanaście lat, a życie zdążyło ją już sponiewierać bardziej niż niejednego dorosłego. Jej matka, Inés, pochylona nad kurzem na chodniku, mruczała niezrozumiałe melodie, rysując palcem chaotyczne wzory. Ludzie przechodzili obok, nie zwracając uwagi – ich obojętność była równie dotkliwa jak wyzwiska przechodniów.
Dziewczynka nazywała się Soledad. Nigdy nie poznała swojego ojca, dom była dla niej pojęciem obcym, a każdy dzień na ulicy był walką o przetrwanie. Choć ciało było głodne, a stopy popękane i brudne, w jej umyśle tliło się pragnienie nauki. Marzyła o klasie, o zeszytach pełnych słów i o tym, by ktoś wymawiał jej imię z szacunkiem.