Minęły nieco ponad dwa miesiące od rozwodu. Na zewnątrz życie zdawało się toczyć dalej: praca, obowiązki, znajome twarze, te same drogi. Ale w środku panowała pustka. Żadnego bólu, żadnego gniewu – tylko cisza, która czasem przytłaczała mocniej niż jakakolwiek kłótnia.
Rozstaliśmy się w pokoju. Bez krzyków, bez skandali. Spakowała swoje rzeczy, spojrzała na mnie i powiedziała, że tak będzie lepiej. Zgodziłem się. Myślałem, że czas wszystko ułoży.
Tego dnia przyszedłem do szpitala odwiedzić przyjaciółkę. Typowy szpitalny korytarz: zapach leków, stłumione głosy, ludzie o zmęczonych oczach. Szedłem, patrząc w dół, zamyślony, i nagle poczułem, że uderzam w ścianę.