Sprzedał wszystko, żeby opłacić szkołę swoim dzieciom.

Odłożył miotłę na bok, oparł ją o płot i wytarł ręce o fartuch.

Na nikogo nie czekał.

Gdy je otworzył, zabrakło mu powietrza.

Przed nią stali dwaj wysocy mężczyźni w nienagannych mundurach pilotów. Białe koszule, złote epolety, czapki trzymane prosto pod pachami.

Przez chwilę ich nie rozpoznał.