Stara krawcowa, absolwent szkoły średniej i kawałek niebieskiego mater

Dzwonek nad drzwiami małego, ciasnego zakładu krawieckiego w starej części Zagrzebia dzwonił tym samym, stłumionym tonem od dziesięcioleci. Wewnątrz, otoczona zapachem starych tkanin, oleju maszynowego i kurzu tańczącego w promieniach popołudniowego słońca, pracowała Marija. Była kobietą cichą, dyskretną, o dłoniach pokłutych igłami i szorstkich od ciężkiej pracy, ale o sercu większym niż całe miasto. Pracowała od świtu do zmierzchu, cerując cudze łzy i szyjąc garnitury dla dżentelmenów, ledwo wiążąc koniec z końcem. Nie miała własnej rodziny, a jej całym światem był ten stary, drewniany blat, jeden Singer i poczucie ogromnej dumy, że każdy ścieg, który wykonała, był nieskazitelny i rzetelnie wykonany.

Tej surowej zagrzebskiej zimy, dokładnie trzydzieści lat temu, ulice bezlitośnie pokrywał śnieg, a wiatr kąsał do szpiku kości. Marija stała przy oknie swojego sklepu, grzejąc dłonie nad kubkiem gorącej herbaty, gdy po drugiej stronie szyby zobaczyła chłopca. To był Lovro, szesnastolatek z pobliskiego miejskiego sierocińca, ubrany w cienki, znoszony płaszcz, o dwa rozmiary za mały. Chłopiec trząsł się z zimna, ale jego wzrok nie był utkwiony w ciepłych wypiekach z sąsiedniej piekarni. Patrzył prosto w okno jej sklepu, na belę najdroższego, ciemnoniebieskiego angielskiego materiału, który Marija od miesięcy zbierała dla wyjątkowego klienta, aby w końcu móc spłacić zaległe długi za prąd.