Stara krawcowa, absolwent szkoły średniej i kawałek niebieskiego mater
Widząc, jak usta chłopca sinieją od zimna, Marija wyszła na ulicę i zaprowadziła go do ciepłego sklepu. Lovro, nieśmiało patrząc w podłogę, przyznał, po co tu przyszedł. Zbliżała się matura, a zaraz po niej kluczowy, rygorystyczny egzamin wstępny na medycynę, o którym marzył, odkąd pamiętał. Na tę rozmowę kwalifikacyjną musiał wyglądać przyzwoicie i godnie, ale jako sierota nie miał się w co ubrać. Z podartej kieszeni wyjął garść drobnych, kilka zmiętych banknotów, które zbierał miesiącami, czyszcząc buty na placu, i drżącym głosem zapytał Mariję, czy mogłaby mu uszyć kurtkę z najtańszych, wyrzuconych skrawków materiału, żeby nie był w strzępach przed surowymi profesorami.
Marija spojrzała na te zimne, dziecinne dłonie pełne drobnych, a potem na jego oczy, które pomimo skrajnego ubóstwa płonęły niewiarygodną żądzą wiedzy. Bez słowa odepchnęła jego ręce, biorąc ze stołu starą miarkę krawiecką. Nie zaprowadziła go do tych starych, tanich szmat w magazynie. Podeszła do okna i ciężkimi, metalowymi nożycami bezpowrotnie przecięła belę najdroższej, ciemnoniebieskiej tkaniny. Lovro próbował ją powstrzymać, głęboko świadomy, ile to kosztowało, ale Marija tylko lekko się uśmiechnęła. Zmierzyła go z taką starannością i szacunkiem, jakby stał przed nią sam burmistrz, a nie zapomniane dziecko bez rodziców, które nie ma z czego zapłacić.