Stara krawcowa, absolwent szkoły średniej i kawałek niebieskiego mater
Marija szyła przez trzy dni i trzy noce, dbając o każdy szczegół, a jej oczy łzawiły ze zmęczenia w żółtym świetle żarówki. Kiedy Lovro włożył ten idealnie skrojony, niebieski garnitur, przestraszony chłopiec z sierocińca nie stał już w lustrze, lecz stał się pewnym siebie przyszłym dżentelmenem. Kiedy ponownie próbował zostawić na ladzie drobne, Marija schowała mu pieniądze z powrotem do kieszeni płaszcza. „Moja igła nie szyje dla pieniędzy, kiedy serce mówi inaczej” – powiedziała cicho, poprawiając mu kołnierzyk. „Ten garnitur jest bezcenny, Lovro. Jedyne, co mi jesteś winien, to to, że pewnego dnia zostaniesz wielkim człowiekiem i dobrym lekarzem, który nigdy nie odwróci się od ubóstwa”. Chłopiec wyszedł ze łzami w oczach, a Marija pozostała w ciemności przez cały miesiąc, bo naprawdę nie miała pieniędzy na prąd.
Minęło trzydzieści długich, trudnych lat od tamtego zimowego dnia. Życie zgasiło sklep Mariji, a starość i choroba powoli wysysały z niej wszelkie siły.
Teraz, mając osiemdziesiąt lat, leżała w zimnym, szarym pokoju w szpitalu państwowym, zupełnie sama i zapomniana przez cały świat. Jej serce, które od dziesięcioleci biło dla innych, teraz poważnie zawodziło. Lekarze wyjawili jej brutalną prawdę – potrzebowała niezwykle skomplikowanej i kosztownej operacji, którą mógł wykonać tylko jeden specjalista w kraju, ale nie miała na to pieniędzy. Bez rodziny, bez oszczędności i bez żadnej nadziei Marija akceptowała swój los w ciężkim milczeniu, wpatrując się w biały sufit i czekając na swój koniec.
W ten mglisty wtorek jej szpitalny pokój wypełniła ciężka, bolesna atmosfera opuszczenia. Młodsi lekarze mijali ją na korytarzu, unikając jej wzroku, świadomi, że dla biednej staruszki z pokoju numer 12 nie ma już ratunku ani protokołu. Marija zamknęła oczy, pogodzona z faktem, że odejdzie z tego świata tak, jak żyła – cicho i niezauważona. Nagle jednak odgłos szybkich, zdecydowanych kroków rozległ się echem w pustym korytarzu. Drzwi do jej pokoju otworzyły się gwałtownie i szeroko. Do pokoju nie weszła żadna pielęgniarka ze swoją regularną terapią. Na progu stał wysoki, siwowłosy mężczyzna w nieskazitelnie białym fartuchu, otoczony grupą asystentów. Był to chirurg naczelny kliniki, człowiek, którego nazwisko wymawiano z najwyższym szacunkiem. Stał na środku pokoju, patrzył na dokumentację medyczną staruszki i to, co powiedział asystentom w następnej sekundzie, sprawiło, że Marija otworzyła oczy w całkowitym szoku.