Maria stała nieruchomo przez chwilę, trzymając lampę jak najwyżej, jakby to słabe światło mogło odpędzić całe zło, które mogło kryć się w tej głębi. Jej serce biło powoli, ale stanowczo, niczym młot obwieszczający coś ważnego i nieznanego.
Zbliżała się do dużej skrzyni, krok po kroku. Drewno było spróchniałe, ale zamek wydawał się o wiele lepiej zachowany niż reszta. Dotknęła go opuszkami palców. Zimny jak lód. Zbyt zimny jak na miejsce, gdzie wilgoć powinna zmiękczyć metal. Dreszcz przebiegł jej po plecach.