Tak, kupiłam mieszkanie, ale nikogo do siebie na mieszkanie wpuszczać

Ksiusza promieniała. Kręciła się pośrodku przyszłego salonu z rozłożonymi ramionami i nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Dwadzieścia siedem lat, z czego ostatnich sześć — harówka na granicy wyczerpania, życie w mikroskopijnych studiach z kartonowymi ścianami, wieczne liczenie grosza i jeden jedyny cel. I oto on. Cel. Dwupokojowe mieszkanie w nowym budynku. Może na obrzeżach, może jeszcze bez remontu i mebli, ale własne. Prywatne. Wybłagane ciężką pracą.

— Podoba ci się, mamo? — zapytała, podbiegając do matki i obejmując ją. — Popatrz, jakie ogromne okno! Tu postawię kanapę, a tam będzie mój kącik do pracy.

Oleg, jej mąż, stał nieco z boku, oparty o framugę drzwi i z ciepłym uśmiechem obserwował żonę. Wiedział, ile ją to kosztowało. Ile nieprzespanych nocy, dodatkowych zajęć, rezygnacji z urlopów i zwykłych kobiecych przyjemności. Włożył w to mieszkanie wszystko, co miał, ale większą część kwoty uzbierała jednak

Ksiusza — i był z niej ogromnie dumny.

— Bardzo mi się podoba, Ksiuszeńko, bardzo — kiwnęła głową Tamara Pawłowna, lecz jej spojrzenie zrobiło się nagle oceniające, rzeczowe. — Duży pokój, jasny… Tu Zineczka z Sieriożą i dziećmi idealnie by się pomieścili. I oni mieliby swobodę, i wam nie byłoby ciasno.

Ksiusza zastygła. Radosny uśmiech powoli zniknął z jej twarzy.

— W jakim sensie „pomieścili”?