Tak, kupiłam mieszkanie, ale nikogo do siebie na mieszkanie wpuszczać

— No jak to w jakim? — odparła matka rzeczowo, opukując ścianę. — Przecież sprzedają swoją kawalerkę, biorą kredyt, żeby się powiększyć. A póki transakcja, póki to i owo… Gdzie mają mieszkać? Na ulicy? Trzy, cztery miesiące, może pół roku. Dla rodziny to żaden problem.

Powietrze w pokoju jakby zgęstniało. Szczęście Ksiuszy — tak jasne i dźwięczne jeszcze minutę temu — pękło jak bańka mydlana, pozostawiając po sobie lepkie oszołomienie.

— Mamo, my dopiero odebraliśmy klucze. Tu jest remont na co najmniej pół roku. Jakie „pomieszkanie”?

— Oj, co tam za remont! — machnęła ręką Tamara Pawłowna. — W jednym pokoju tapetę przykleicie, materac na podłogę rzucicie i już można żyć. A Zinka z rodziną będzie w drugim. Ona nie jest wybredna, do wszystkiego przyzwyczajona. Za to własny dach nad głową. Trzeba pomagać rodzinie, córko. Kto, jak nie my?

Oleg chrząknął, odrywając się od framugi.

— Tamaro Pawłowno, planowaliśmy z Ksiuszą od razu robić generalny remont. Kucie ścian, wymiana instalacji, wylewki. Tu nie da się mieszkać. Kurz po sufit.

— Co ty, Oleg, za bzdury opowiadasz? — twardo zmrużyła oczy teściowa. — Kiedyś ludzie żyli i remonty robili naraz. I nikt się nie rozpadł. Za to pomożecie rodzonej siostrze. Zina przecież nie jest obcą osobą.

Ksiusza milczała, czując, jak w środku wszystko zaciska się w twardą, lodowatą kulę. Spojrzała na gołe betonowe ściany, na śmieci budowlane na podłodze. To było jej sanktuarium, jej twierdza, zdobyta ciężkim wysiłkiem.

I oto ledwie przekroczyła próg, a już zaczęła się inwazja. Inwazja pod flagą „przecież jesteśmy rodziną”.