I nie mieli pojęcia, kim jest mój ojciec… dopóki nie stanął przed nimi i nie zbladli.
Moja lewa kostka była tak spuchnięta, że nie mieściła się już w bucie. Każdy krok sprawiał, że noga piekła, ale szłam dalej, bo zatrzymanie się oznaczało myślenie… a myślenie oznaczało płacz.
Mateo miał jedenaście miesięcy i ciążył mi na biodrze; jego wilgotne loki przyklejały się do mojego policzka. Klepał mnie po obojczyku lepkimi palcami, nucąc, jakby świat wcale się nie rozpadał na dwoje.
Torba z zakupami wrzynała mi się w dłoń. Galon mleka uderzał mnie w kolano przy każdym nierównym kroku. Byłem pół mili od mieszkania, a popołudniowy upał w Monterey ciążył mi jak ciężka dłoń.