
— Te pieniądze trafią na nasze wspólne konto rodzinne — oznajmiła teśc
— Sierioża, idź do domu. Do mamy. Pewnie ugotowała ci kolację.
— Ale…
— Nie. Po prostu nie. Możesz przychodzić do Lizy w weekendy. Listę rzeczy, które są jej potrzebne, wyślę ci mailem. I tak — alimenty czekam piętnastego.
Zamknęła drzwi, nie czekając na odpowiedź. W mieszkaniu pachniało świeżym ciastem — piekły z Lizą ciasteczka. Pierwsze ciasteczka w ich nowym domu. Gdzie wszystko było ich. Naprawdę ich.
A w starym mieszkaniu Walentyna Iwanowna siedziała nad swoimi obliczeniami. Cyfry nie pasowały. Bez pensji Mariny ich słynny rodzinny budżet pękał w szwach. Okazało się, że emerytura i pensja Siergieja ledwo starczają na opłaty i jedzenie. O odkładaniu na mieszkanie można było zapomnieć.
— Nic nie szkodzi — mamrotała, z furią ścierając i poprawiając liczby. — Wróci. Zrozumie, że sama nie da rady i wróci na kolanach. Wszystkie wracają.
Ale Marina nie wróciła. Ani po miesiącu, ani po dwóch, ani po pół roku. Żyła, pracowała, wychowywała córkę. A przede wszystkim — była wolna. Wolna od toksycznej teściowej, od słabego męża, od upokorzeń i kontroli.
I każdego ranka, budząc się w swoim mieszkaniu, patrząc na słońce za oknem, uśmiechała się. Bo to było jej słońce. Nad jej życiem.