— Te pieniądze trafią na nasze wspólne konto rodzinne — oznajmiła teśc

— Z mojej pensji. Tej, która jest dwa razy wyższa. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie. Mówiłam, że mam nową pracę. Nie powiedziałam tylko, że od miesiąca już tam pracuję. Zdalnie. A wy byliście tak zajęci liczeniem moich pieniędzy, że nawet nie zauważyliście.

Wyszła, zostawiając ich stojących pośrodku salonu. Matka i syn. Teściowa i maminsynek. Ze swoim „wspólnym budżetem”, w którym nagle powstała dziura na sto dwadzieścia tysięcy miesięcznie.

Następnego ranka Marina z Lizą wyjechały. Teściowa próbowała urządzać sceny, blokować wyjście, grozić policją. Ale Marina po prostu wsiadła do zamówionej taksówki z dwoma walizkami i odjechała.

W nowym mieszkaniu było jasno i przestronnie. Liza biegała po pokojach, wołając z zachwytem:

— Mamo, tu jest tak pięknie! To teraz nasz dom?

— Tak, kochanie. Nasz.

— A tata gdzie będzie mieszkać?

— Tata będzie mieszkać z babcią. Ale będzie do nas przychodził w odwiedziny.

— A babcia?

Marina zamyśliła się, patrząc przez okno na park.

— A babcia… babcia będzie żyła swoim życiem. A my swoim.

Telefon dzwonił bez przerwy. Siergiej, Walentyna Iwanowna, znowu Siergiej. Marina wyciszyła dźwięk i zajęła się urządzaniem nowego życia. Życia wolnego.

Po tygodniu Siergiej w końcu znalazł ich adres i przyjechał. Stał w drzwiach z bukietem kwiatów i skruszonym wyrazem twarzy.

— Marin, wróćmy. Porozmawiałem z mamą. Zgodziła się oddawać ci połowę pensji.

Marina patrzyła na niego, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać. Połowę jej własnej pensji. Co za hojność.