— Te pieniądze trafią na nasze wspólne konto rodzinne — oznajmiła teśc

— Nie masz prawa! — wrzasnęła Walentyna Iwanowna. — Nie możesz zabrać dziecka! To mój wnuk!

— Wnuczka — poprawiła Marina. — I mogę. Jestem matką. A pani… pani jest tylko babcią. Która przez trzy lata ani razu nie poszła z dzieckiem na spacer, nie zaprowadziła do przedszkola, nie przeczytała bajki na dobranoc. Jedyne, co pani potrafi, to liczyć pieniądze. Cudze pieniądze.

Wstała i ruszyła do drzwi.

— Marisz, zaczekaj! — wreszcie odezwał się Siergiej. — Porozmawiajmy! Nie rób tego tak nagle!

Marina zatrzymała się w progu.

— Trzy lata, Sierioża. Trzy lata miałeś czas, żeby porozmawiać. Żeby choć raz stanąć w mojej obronie. Żeby być mężem, a nie maminsynkiem. Czas minął.

— Dokąd pójdziesz? Z czego będziesz żyć? — krzyknęła jadowicie teściowa.

Marina uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna — szczerze.