Irina długo siedziała z kartką w dłoni. Płakała cicho, bez szlochu. Nie z bólu, ale z jasności umysłu.
Wszystko zaczynało się układać.
W ciągu kolejnych dni dowiedziała się z wiadomości, co się stało. Nalot policji. Lichwiarze złapani. Gheorghe, podejrzany o oszustwo. Dom zajęty.
Jej teść zmarł tej samej nocy na zawał serca.
Irina pewnego ranka poszła nad Dunaj. Stanęła na brzegu i pozwoliła wiatrowi osuszyć łzy. Nie była już tą samą przestraszoną dziewczyną, która uciekła między warstwy. Była kobietą, która pozostała na nogach.
Z czasem otworzyła mały warsztat krawiecki. Nic wielkiego. Po prostu uczciwa praca, własnymi rękami. Nauczyła się ponownie ufać, ale z umiarem. Nauczyła się, że czasem zbawienie przychodzi z najbardziej nieoczekiwanych miejsc.
I że czasem mężczyzna, który wydaje się twardy i milczący, może dać ci najwspanialszą rzecz: życie.
Co roku w sierpniu Irina zapala świeczkę i odmawia krótką modlitwę. Za mężczyznę, który pewnej nocy wybrał prawdę zamiast krwi.
Potem rusza w swoją drogę.
Wolna.