Stałem na środku pola i poczułem, jak cisza mnie przytłacza.
Właśnie tam musiałem coś udowodnić.
Na początku wybuchnąłem płaczem. Nie ze wstydu. Ze strachu.
Ale strach trwa krótko, kiedy nie ma się nic do stracenia.
Zacząłem gołymi rękami. Dosłownie. Wykarczowałem jeżyny starą kosą, którą znalazłem w naszej szopie, zanim wyrzucono mnie z wielkiego domu. Zbierałam głazy na stertę. Dzień po dniu.
Sąsiedzi przechodzili drogą i patrzyli. Niektórzy kręcili głowami.
— Co ona z tego będzie miała?
— Lepiej sprzedać i się pozbyć.
Ale komu miałabym sprzedać? I za ile? Za dwa złote?