– Mam im odpuścić? – zaśmiała się Yura. – Takich sum się nie odpuszcza! I nawet się nie zapomina!
– Daj spokój, Yura! – Catinca spojrzała na niego łagodnie.
– Co, Yura? – zaczął się złościć. – Mój biznes zbankrutował! I to nie tylko zbankrutował, ale i ma ogromne długi! Zabrali mi nawet prawo jazdy, dopóki nie spłaciłem długów! Tak, wziąłem pracę. Za osiemdziesiąt tysięcy! Ale połowę długu wezmę! I jak długo będziemy żyć we dwoje za czterdzieści tysięcy?
Nad stołem zapadła cisza. Ledwo tknięte talerze, niedopite szklanki i czerwone twarze ze wstydu i gniewu tworzyły obraz, na który trudno było patrzeć. Jura ciężko oddychał, jak człowiek, który w końcu powiedział sobie wszystko, co ciążyło mu od lat.
Po raz pierwszy jego bliscy stracili pewność siebie. Zazwyczaj rodzinne posiłki kończyły się żartami na jego temat, zawoalowanymi wyrzutami, że „za mało pomaga”, że „pieniądze przychodzą i odchodzą, a krew zostaje”. Ale tym razem krew stała się gorzka.
- Posłuchajcie mnie uważnie – podniósł głos Jura. – Nie prosiłem o nic, co nie było moim prawem. Nie przyszedłem, żeby odebrać wam domy ani chleb z waszych stołów. Prosiłem was tylko o dotrzymanie słowa. U nas, Rumunów, słowo jest świętsze niż papier. Ale o tym zapomniałeś.
Teściowa wzdrygnęła się. Wychowała się w rodzinie, w której szanowano „słowo mężczyzny”, a teraz czuła się jak w pułapce. Jej brat, Slavic, zarumienił się jeszcze bardziej, przypominając sobie, jak mawiał jej ojciec: „Człowiek, który nie spłaca długów, nie jest człowiekiem, jest tylko cieniem”.
– A wiesz, co jest najsmutniejsze? – kontynuował Jura, odchylając się na krześle. – Że nie tylko pieniądze zostały utracone. Stracono zaufanie. A zaufanie, raz złamane, już nie trwa.
Ciocia Lenuta otarła oczy kącikiem chusteczki. Przypomniał sobie twarz swojej siostry, matki Jury, która powtarzała: „Synu, nie pozwól nikomu deptać twojej pracy. Kto nie szanuje pieniędzy, nie szanuje też ludzi”.