…ciężkie drzwi restauracji otworzyły się z ledwo słyszalnym skrzypnięciem, ale wystarczającym, by odwrócić wzrok. Spojrzałem w górę i wiedziałem. Rozpoznałem go po chodzie, wyprostowanej postawie i sposobie, w jaki w ułamku sekundy omiótł wzrokiem salę.
Radu wszedł.
Mój ochroniarz.
Nie był zwykłym „ochroniarzem”, jak powiedziałaby z pogardą moja matka. Był człowiekiem, który towarzyszył mi w misjach, tym, który wyciągał mnie z sytuacji, w których wielu by nie przeżyło. Sześć stóp wzrostu, nienaganny czarny garnitur, zimne, ale zawsze czujne spojrzenie. Kontrast między nim a elegancką atmosferą restauracji był tak silny, że cisza opadła niczym ciężki koc.