Lina wybuchnęła płaczem. Nie ten cichy płacz, ale głęboki, rozdzierający serce szloch, który zdawał się dochodzić z miejsca pozbawionego światła. Upadłam na kolana przy łóżku, niezdolna powiedzieć nic więcej.
— Wybacz mi… — powiedziałam tylko.
Po kilku minutach, między szlochami, zaczęła mówić.
— Nie chciałam tego przed tobą ukrywać, ale… bałam się. Przeszłam przez rzeczy, o których nie wiedziałam, jak powiedzieć. Zanim cię poznałam, byłam zaręczona z mężczyzną, który mnie bił. Sprawił, że myślałam, że jestem nic niewarta. Że jestem tylko przedmiotem.
Zamknęła oczy, a łzy spływały jej po policzkach. „Pewnej nocy prawie pozbawił mnie tchu. Sąsiedzi mnie uratowali. Od tamtej pory każdy dotyk… każda bliskość… przyprawia mnie o drżenie”.
Jej słowa przeszyły mnie jak nóż. Cały gniew, wstyd i podejrzliwość zniknęły. Wstałam i ostrożnie nakryłam ją kocem, a potem usiadłam na brzegu łóżka.
„Nie musisz się bać” – powiedziałem cicho. „Nie musisz pozwalać mi się dotykać. Po prostu pozwól mi tu być. Z tobą”.
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Ująłem jej dłoń i delikatnie ją ścisnąłem.
Nasza noc poślubna, która miała być początkiem namiętności, stała się początkiem uzdrowienia. Siedzieliśmy do rana, rozmawiając, płacząc i milcząc.