W kolejnych dniach zacząłem rozumieć, jak głęboki był jej ból. Każdy nagły dźwięk wywoływał u niej drżenie. Każdy nieoczekiwany gest sprawiał, że cofała ręce. Ale powoli, z każdym miłym słowem, z każdym szczerym uśmiechem, ściany wokół niej zaczęły się topić.
Po jakimś czasie poszliśmy razem na terapię. Było ciężko, ale to była droga, którą podążaliśmy krok po kroku.
Rok później, w tym samym pokoju, w którym kiedyś płakała, Lina zwróciła się do mnie i powiedziała z uśmiechem: „Jestem już gotowa”.
Nic nie powiedziałem. Wziąłem ją za rękę i pocałowałem jej blizny, jedną po drugiej. Nie widziałem już ran. Zobaczyłem siłę kobiety, która postanowiła żyć, kochać, znów wierzyć.
I tej nocy zrozumiałem coś, o czym żaden mężczyzna nie powinien zapomnieć: prawdziwa miłość nie zaczyna się w łóżku. Zaczyna się w sercu, kiedy decydujesz się zostać – nawet gdy się boisz.