Fraza „dzień przed ślubem” zazwyczaj przywołuje zapach bukietów, śmiech przyjaciółek i ostatnie szlify przed wielkim dniem. W moim przypadku brzmi to inaczej: jak noc, kiedy ktoś próbował mi wytłumaczyć, że szczęście może zostać zrujnowane przez czyjąś decyzję.
Leżałam bezsennie w moim starym pokoju w małym miasteczku w Wirginii, słuchając, jak ulica cichnie. Dalej stała schludna biała kaplica, w pobliżu powiewała amerykańska flaga – to właśnie tam mieliśmy powiedzieć sobie „tak” tego ranka. Suknie wisiały w szafie, pan młody już przyjechał do miasta, a obie rodziny szykowały się do uśmiechnięcia się do zdjęć i udawania, że wszystko jest w porządku.