W przeddzień ślubu moi rodzice pocięli moją sukienkę, ale weszłam
Ale około drugiej w nocy obudziły mnie stłumione głosy dochodzące z korytarza. Zapaliłam lampę i od razu poczułam, że coś jest nie tak. Poszewki na suknię wisiały nienaturalnie krzywo, jakby ktoś je pospiesznie zwinął. Rozpięłam pierwszą i zobaczyłam rozcięcie w gorsecie. Druga była zniszczona. Trzecia była w strzępach. Przy czwartej miałam trudności z oddychaniem. Koronka i satyna leżały na podłodze u moich stóp, poskręcane i podarte, jakby ktoś chciał nie tylko zniszczyć suknię, ale i zdyskredytować samą ideę mojej uroczystości.
- Żadnych wcześniejszych wyjaśnień – tylko nocny „odwet” na tym, co miało być symbolem nowego życia.
- Nie był to ani przypadek, ani niezręczność – staranne cięcia świadczyły o zamiarze wykonania zabiegu.
- Cisza w domu wydawała się głośniejsza niż krzyki.