W sobotni poranek klatkę schodową wstrząsnął męski bas. — Klaudia! Ten głos nie tylko brzmiał — on przygniatał. Zdawało się, że nawet betonowe ściany się skurczyły. Drzwi uchylały się jedne po drugich, ciekawscy sąsiedzi wyciągali szyje. Anna Wiktoria stała przy wizjerze i nie spieszyła się z wyjściem. Wiedziała: teraz spektakl rozpocznie się bez jej udziału. Na półpiętrze trzasnęły drzwi. Ciężkie kroki. A potem krótkie pytanie, dźwięczące gniewem: — Co to za śmietnik? Klaudia stała blada, w rozciągniętym swetrze, bez swojego zwykłego, bezczelnego uśmieszku. Marta krzątała się obok: — Hans, ty źle wszystko zrozumiałeś… to sąsiedzi przesadzają… — Wszystko zrozumiałem — uciął. Hans był wysokim, szczupłym mężczyzną o chłodnych, szarych oczach. W drogim płaszczu wyglądał tu obco, jak człowiek z innego świata. Jego spojrzenie przesunęło się po niedopałkach, po przepalonym linoleum, po starym fotelu przyniesionym ze śmietnika.
W sobotni poranek klatkę schodową wstrząsnął męski bas. — Klaudia! Ten głos nie tylko brzmiał