W sobotni poranek klatkę schodową wstrząsnął męski bas. — Klaudia! Ten głos nie tylko brzmiał
— Studiujesz medycynę? — zapytał cicho córkę. Klaudia milczała. — Zadałem pytanie. — Tak… — Na uniwersytecie medycznym tego was uczą? Urządzać meliny na klatce schodowej? Słowo „melina” zabrzmiało głośniej niż jakikolwiek krzyk. Anna Wiktoria otworzyła drzwi właśnie w chwili, gdy na klatce zapadła ciężka cisza. Wyszła spokojnie, powściągliwie, jak wychodzi się na służbowe spotkanie. — Dzień dobry — powiedziała równo. Hans odwrócił się do niej. — To pani jest Anna Wiktoria? — Tak. Skinął głową. — Dziękuję za materiały. Otrzymałem je. Marta wybuchnęła: — Co, ty jesteś z nią w zmowie?! Ona specjalnie! Ona nienawidzi Klaudii! Anna Wiktoria nie podniosła głosu. — Nie nienawidzę. Chronię swój dom. I swojego siostrzeńca. Hans przeniósł wzrok na drzwi jej mieszkania. — To ten młody człowiek, nad którym się znęcali? — Tak. W tym momencie drzwi uchyliły się. Marcin wyjrzał ostrożnie, jak zwierzę wychylające się z kryjówki. Hans patrzył na niego kilka sekund. Potem odwrócił się do córki. — Poniżałaś człowieka? — jego głos stał się niższy, groźniejszy. — Ty, która żyjesz za moje pieniądze? — Tato, to były tylko… żarty… — Żarty? — zrobił gwałtowny krok w jej stronę. — Żart to coś, z czego śmieją się obie strony. Cisza zgęstniała jak syrop.