W sobotni poranek klatkę schodową wstrząsnął męski bas. — Klaudia! Ten głos nie tylko brzmiał
— Masz dwa wyjścia — kontynuował chłodno. — Pierwsze: dziś jedziesz ze mną. Urlop dziekański. Wolontariat w klinice dla osób starszych. Pół roku bez imprez i bez moich pieniędzy. Drugie: przestaję cię finansować. Całkowicie. Marta jęknęła: — Hans, nie możesz! Z czego będziemy żyć? — Z twojej pracy, Marto — odpowiedział spokojnie. — Albo z wynajmu tego mieszkania. Bo jeśli jeszcze raz pojawi się tu policja, sprzedam je. Klaudia zaszlochała. Po raz pierwszy w jej oczach nie było bezczelności — tylko strach. Ze schodów wszedł policjant. Krótka rozmowa, formalności, ostrzeżenie. Protokół jednak sporządzono — za drobne chuligaństwo i palenie w miejscu publicznym. Lis zniknął jeszcze rano, nie chcąc spotkać się z ojcem Klaudii. Kiedy ludzie się rozeszli, na klatce zostali tylko Anna Wiktoria i Hans. — Przepraszam — powiedział stanowczo. — I za córkę, i za ten bałagan. Pokryję koszty remontu klatki. Ile będzie trzeba. — Nie ma takiej potrzeby — odpowiedziała. — Wystarczy, żeby to się więcej nie powtórzyło. Skinął głową. — Nie powtórzy się. Dwie godziny później stary fotel zniknął. Wieczorem klatkę dokładnie umyto. Po raz pierwszy od wielu tygodni pachniało tam tylko czystością. W poniedziałek Klaudia wyjechała z ojcem.