W sobotni poranek klatkę schodową wstrząsnął męski bas. — Klaudia! Ten głos nie tylko brzmiał
Marta przestała patrzeć sąsiadom w oczy i nie rozmawiała już głośno przez telefon na klatce. Muzyka nie dudniła. Dym nie wciskał się pod drzwi. Minął tydzień. Marcin wracał z pracy spokojnie. Nikt nie wystawiał nogi. Nikt się nie śmiał. Zatrzymał się przy czystym oknie na półpiętrze, spojrzał w dół i cicho powiedział: — A-Anno… t-teraz jest cicho. Anna Wiktoria spojrzała na niego uważnie. W jego głosie nie było już tego ściśniętego strachu. Było coś innego — ostrożna pewność. — Tak, Marcin. Teraz jest cicho. Milczał chwilę i nagle dodał: — D-dziękuję. Nie odpowiedziała od razu. Poprawiła tylko okulary i lekko dotknęła jego ramienia. — W naszym domu nikt nie ma prawa robić z ciebie celu. Zapamiętaj to. Skinął głową. Czasem porządek wymaga stanowczości. Czasem ciszę osiąga się nie krzykiem, lecz chłodną precyzją działania. I od tego dnia na ich klatce schodowej nikt już nie zadawał pytania: „A gdzie jest napisane, że to twoje powietrze?” Bo wszyscy znali odpowiedź.