W Walentynki zrobiłam sztuczne oddychanie bezdomnemu mężczyźnie

Mrugam, próbując zestawić w głowie dwa obrazy. Tamten — brudny, duszący się, prawie umierający w alejce. I ten — pewny siebie, opanowany, pachnący drogimi perfumami mężczyzna stojący przed moim domem. — Tak… — w końcu wydycham. — To byłam ja. On ledwo zauważalnie kiwa głową, jakby coś sobie potwierdzał. — W takim razie pozwoli pani, że się przedstawię. Nazywam się Adrian Wolf.

Nazwisko brzmi znajomo. Niepokojąco znajomo. Marszczę brwi. — Chwileczkę… Wolf? Jak… ten Wolf? Kącik jego ust lekko się unosi. — Obawiam się, że tak. Palce nagle mi zimnieją.