W Walentynki zrobiłam sztuczne oddychanie bezdomnemu mężczyźnie
Adrian Wolf to nie jest byle kto. To człowiek, którego nazwisko od lat pojawia się w wiadomościach biznesowych. Miliarder. Inwestor. Człowiek, który kupuje firmy tak łatwo, jak inni kupują kawę na wynos. A ja wczoraj robiłam mu sztuczne oddychanie przy śmietniku. Świat na moment zaczyna wirować. — Ja… — nerwowo przeczesuję włosy. — Myślałam, że pan… — Bezdomny? — spokojnie kończy. Robi mi się niezręcznie.
— Ja nie… — Wszystko w porządku — mówi łagodnie. — To była… szczególna sytuacja. Robi jeszcze krok bliżej, a jego głos cichnie. — Wczoraj wieczorem miałem poważny atak. Wysiadłem z samochodu… resztę pani zna. Przypominam sobie jego sine usta — i po plecach przebiega mi chłód. Patrzy na moją rękę.
— Nie przeszła pani obojętnie, Brianna. W przeciwieństwie do wielu innych. W klatce piersiowej coś boleśnie się ściska. Wzruszam ramionami, starając się wyglądać spokojniej, niż się czuję. — Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. Patrzy na mnie długim, uważnym spojrzeniem. — Nie — mówi cicho. — Nie każdy.